In vitro to pójście na łatwiznę!


Gdy jesteś chory, próbujesz sobie pomóc – leczysz się (o ile to nie katar, który – jak mawiają – zarówno leczony, jak i nieleczony trwa 7 dni). Gdy domowe (ludowe) środki zawodzą – szukasz pomocy u specjalistów, którzy stawiają diagnozę, zalecają odpowiednie leki i... zdrowiejesz! Tak powinno być, często tak właśnie jest, jednak nie wszystkie choroby są łatwe do zdiagnozowania, a nawet jeśli zostaną właściwie zdiagnozowane, czasem nie ma na nie lekarstwa. W dzisiejszych czasach leczymy raka – choć wciąż metodą prób i błędów, na AIDS nadal nie ma lekarstwa, na niepłodność również medycyna nie zna złotego środka.

Ktoś się odezwie w tej chwili "hola, hola! niepłodność to nie choroba" – błąd! – NIEPŁODNOŚĆ JEST CHOROBĄ! Chorobą, u podłoża której może leżeć wiele przeróżnych przyczyn. Proces diagnozowania i leczenia najczęściej trwa latami. Zwłaszcza, gdy nie wiadomo zupełnie od czego zacząć i należy wykluczyć wszystko po kolei. Napisano o tym już wiele, także ja pozwoliłam sobie opublikować dwie historie opowiadające o trudach drogi do macierzyństwa, o zmaganiach z własnym ciałem i własną psychiką.

Eli udało się zajść w ciążę dzięki in vitro po 5 latach badań, przeróżnych terapii i zabiegów (w tym kilku zabiegów inseminacji, od której coraz częściej się odchodzi właśnie ze względu na bardzo niską skuteczność), mnie – cierpiącej na niepłodność wtórną – udało się to w "zaledwie" dwa lata dzięki terapii hormonalnej (problemy z tarczycą). Gdyby się nie udało, rozważaliśmy także in vitro jako drogę leczenia.

In vitro nie jest lekiem, po który można (i nie powinno się) sięgać od razu, gdy pojawią się problemy z poczęciem. Jeśli ktoś bez próby diagnozy i leczenia istniejących chorób sięga wprost po ten właśnie "lek", to tak – to jest pójście na łatwiznę. Jak to mówią – kto bogatemu zabroni?! Czemu tak? – procedura in vitro nie jest tania, refundowana była w całej Polsce tylko przez "chwilę", a by móc dostać się do programu, jednym z warunków koniecznych było "udokumentowane leczenie w okresie co najmniej ostatnich 12 lub 24 miesięcy przez jednego z partnerów", czyli osoby przygotowujące się do kwalifikacji miały za sobą już co najmniej rok leczenia plus czas naturalnego starania się o dziecko.

Kilkumiesięczne nieudane próby zajścia w ciążę to jeszcze niekoniecznie niepłodność, która – przypomnijmy – jest chorobą. "Kiedy więc możemy mówić, że problem z niepłodnością się pojawił?" – przygotowując się do napisania tego postu, sięgnęłam m.in. do książki Bogny Pawelec pt. In vitro. Ważne rozmowy na trudny temat (wyd. Foksal 2015), w której pada na to pytanie taka odpowiedź:
Ma to związek z czasem oczekiwania na ciążę. Rok, dwa lata bezskutecznych starań to okres, po którym para powinna zacząć się zastanawiać nad tym, czy nie warto udać się do specjalisty od niepłodności. Oczywiście można dalej czekać, ale to niekorzystnie wpływa na funkcjonowanie rodziny. Kobieta się denerwuje, powoli starzeje, a szanse na naturalne poczęcie po trzech latach prób znacznie się zmniejszają. (...)
Zanim jednak para stanie przed decyzją o in vitro, zwykle przechodzi proces starania się o ciążę, często trwający wiele lat. Czasami zupełnie niepotrzebnie, bo diagnoza i leczenie innymi, prostszymi metodami, według specjalistów, powinny trwać nie dłużej niż dwa lata [!]. Tak się jednak w Polsce nie dzieje. Pacjenci z powodu braku informacji błąkają się po różnych gabinetach lekarskich, niestety nie zawsze takich, które mogą im zaoferować pomoc w zakresie niepłodności. Trafiają na lekarzy nieznających się na tej problematyce i nieprzyznających się do tego przed pacjentką i, co gorsza, również przed sobą. Stosują metody sprzed wielu lat, od dawna nieużywane w bardziej rozwiniętych krajach. Te metody mogą oznaczać dla pacjentów stratę czasu, pieniędzy i, co najgorsze, często odbierają im szansę na własne, biologiczne dziecko.


Gdy para stara się o dziecko, a radosne dwie kreski na teście nie chcą się pojawić, rzadko kiedy dzielą się swoimi obawami i troskami z otoczeniem, nawet najbliższym. Gdy proces starań trwa już dłuższy czas, ponaglające pytania o dzieci i często mało subtelne aluzje wywołują raczej szczękościsk niż chęć dyskusji na temat problemu. Nie jest to najlepsze wyjście, przez to milczenie właśnie funkcjonuje mit, że in vitro to pójście na łatwiznę. Wielu osobom wydaje się bowiem, że para od razu zdecydowała się na zapłodnienie pozaustrojowe, jako że nie mają pojęcia, jaką drogę musieli oni przebyć, by zostać rodzicami. Często też podczas lat starań o dziecko zbywa się te wszystkie pytania czy aluzje odpowiedziami, że to jeszcze nie czas (albo że mamy jeszcze czas), więc gdy uda się począć dziecko metodą in vitro, postronnym może się wydawać, że przeskoczyliśmy od razu do tego rozwiązania.

Ja o naszych problemach z poczęciem mówiłam od razu, otwarcie i wprost każdemu, kto pytał lub komentował. Ale mnie było łatwiej, bo chodziło o drugie dziecko – większość rozmów ucinała się stwierdzeniem "najważniejsze, że jedno już masz". Nie każdy jednak ma ochotę dzielić się swoimi problemami, swoją walką z otoczeniem, i ma do tego prawo! My zaś nie mamy prawa oceniać tych ludzi, nie znając kontekstu!

Rozmówcy Bogny Pawelec radzą:
Naucz się mówić o tym wprost, głośno, bez wstydu, bo czy choroba jest czymś wstydliwym? Choroba jest chorobą i w pewnym momencie dopada każdego. Wam przytrafiła się niepłodność.

Niepłodności nie powinno traktować się jak tabu, jak czegoś, co człowieka stygmatyzuje. Należy mówić o niej jak o każdej innej chorobie. To nie jest coś, na co człowiek zasłużył. Niepłodność nie ośmiesza ani nie kompromituje.


***

Kolejna bardzo bardzo ważna kwestia – dzisiaj in vitro to wciąż dla wielu procedura "nienaturalna", wręcz szarlatańska. Wiele osób wypowiada się na temat in vitro, nie mając pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Mimo iż nigdy nie byłam przeciwko in vitro, dopiero podczas lektury książki B. Pawelec dowiedziałam się, że metoda ta nie polega wyłącznie na ingerowaniu w komórkę jajową, czyli wstrzyknięciu do niej najsilniejszego(ych) plemników, lecz, gdy jest to możliwe, pomaga się tylko naturze, umieszczając w jednym miejscu (na szalce Petriego) zdrową komórkę jajową i silne plemniki, pozwalając, by do zapłodnienia doszło "naturalnie", choć poza organizmem kobiety (stąd nazwa "zapłodnienie pozaustrojowe"). Tak właśnie postęp medycyny dokonuje się na naszych oczach. Rozmówcy B. Pawelec mówią o tym następująco:

[In vitro] To jedno z największych osiągnięć medycyny. Daje ogromnej rzeszy zrozpaczonych ludzi szanse na własne, biologiczne potomstwo. Na świecie żyje już ponad 5 milionów dzieci poczętych dzięki tej metodzie! A ten, kto starał się o nie wiele lat bez nadziei – doskonale wie, co to znaczy.

Całe lata pokutowało wśród pacjentów przekonanie, że in vitro to ostateczność. Jednak wraz z postępem medycyny podejście do leczenia niepłodności bardzo się zmieniło. Obecnie to niemal pierwsza pomoc.
W ostatnich latach dokonano bardzo gruntownej analizy skuteczności metod leczenia niepłodności i okazało się, że in vitro pod tym względem to najlepsza metoda, ale oczywiście nie zawsze rozwiązująca wszystkie problemy. Stwierdzono też, że wiele metod stosowanych dotąd jest nieskutecznych. (...) Śmiem twierdzić, że za dziesięć lat in vitro stanie się metodą popularniejszą i prostszą. Wtedy zastąpi inne metody wspomagania zapłodnienia. I będzie tak jak z koronografią. Zostanie to uznane za coś normalnego.


Wszystko na to wskazuje, że w przyszłości metoda in vitro wciąż nie będzie lekarstwem uniwersalnym, cudowną pigułką, która zastąpi każdą inną drogę leczenia, bowiem dopóki istnieje szansa na pomoc parze w naturalnym poczęciu, lekarze będą podsuwać odpowiednie rozwiązania. Proces diagnostyczny niepłodności najpewniej ulegnie skróceniu, jako że coraz więcej wiemy nie tylko o przyczynach niepłodności, ale także o nieskuteczności dotychczasowych metod "leczenia" (np. wspomniana już wcześniej inseminacja).

***

Podsumowując – gdy ktoś stara się o dziecko przez kilka miesięcy, a potem biegnie do kliniki i – bez szukania przyczyny problemu oraz wbrew sugestiom lekarzy – od razu przystępuje do procedury in vitro, to tak, to jest pójście na łatwiznę. Gdy jednak pomimo lat (!) starań i leczenia, po zdiagnozowania, że z biologicznego punktu widzenia do zapłodnienia naturalnego dojść nie może – in vitro staje się tzw. ostatnią deską ratunku. Wtedy in vitro jest po prostu kolejnym logicznym etapem drogi starań o dziecko. Drogi wybrukowanej cierpieniem (fizycznym i psychicznym), strachem i wielokrotnie zawiedzionymi nadziejami.

Niepłodność – straszna, wycieńczająca choroba – może dotknąć każdego z nas. Nie pozwólmy więc, by mity na jej temat szerzyły się, utrudniając chorym parom kroczenie po drodze do upragnionego celu – własnego dziecka.

Oficjalna strona rządowa dotycząca programu in vitro w Polsce: http://www.invitro.gov.pl/
Forum dyskusyjne/informacyjne nt. niepłodności i adopcji: http://www.nasz-bocian.pl/

***

Post ten powstał w ramach rozpoczętej 25 lipca akcji Blogerzy vs. niepłodność zapoczątkowanej przez Dagmarę (socjopatka.pl), którą do działania zainspirowała kampania Niepłodności nie widać. Aby śledzić na bieżąco posty na ten temat, wystarczy na facebooku wyszukać hasło #nieplodnosciniewidac

Etykiety: , , ,