Kręte drogi do macierzyństwa - moja historia

Jestem mamą. Podwójną.
Mam zdrową 5-letnią dziewczynkę i ślicznego zdrowego 4-miesięcznego chłopca.


Wszyscy mi gratulują parki/tego, że mam już "wszystkie dzieci". Owszem mam swoje pociechy, ale droga do ich posiadania nie była prosta, czy usłana różami. Oto moja historia:

Jako nastolatka nie zwracałam uwagi na swoje cykle. Z ręką na sercu nie pamiętam, czy już przed rozpoczęciem stosowania antykoncepcji hormonalnej w wieku 17 lat miałam tak duże zaburzenia, jakie wystąpiły u mnie później, i nie umiem stwierdzić, czy stosowanie tej metody antykoncepcji wpłynęło na późniejsze zaburzenia. Dopóki nie stajesz w obliczu problemu, problemu nie ma, nie widać go. Po 5 latach odstawiłam tabletki i od tego czasu moje cykle były bardzo nieregularne, trudno to nazwać cyklem, ale czasem miałam miesiączkę 2-3 razy w roku. Lecz to nadal nie był dla mnie problem, bo jeszcze nie nadszedł dla nas czas na dziecko.

Po kilku kolejnych latach przestaliśmy się zabezpieczać, ciąży nie było, ale to nie był nadal problem, bo dopiero planowaliśmy ślub. Jakimś cudem zaszłam w ciążę w wieku 27 lat, dokładnie 9 miesięcy przed planowanym ślubem (termin ślubu 20 sierpnia, córka urodzona 19 sierpnia). Po ciąży przez dwa lata się zabezpieczaliśmy, by trochę małą odchować. Potem stanęliśmy w obliczu problemu z zajściem w kolejną ciążę.

Po miesiącach prób, w listopadzie 2013 roku postanowiłam się gruntownie zbadać od strony ginekologicznej. Na usg wykryto u mnie cysty w jajnikach. Lekarz stwierdził, że to PCOS (zespół policystycznych jajników) i generalnie to taka moja uroda, że powinnam się cieszyć, że mam już jedno dziecko, próbować dalej, ale szansy to on mi większej nie daje... Rozpoczął leczenie progesteronem. Ktoś mi potem powiedział, że to niemożliwe, żebym czuła się źle po progesteronie, bo to naturalny hormon produkowany przez ciało kobiety. Niemniej - ja z każdym miesiącem czułam się gorzej. "Terapię" pociągnęłam do czerwca, ciąży brak, regularnych cykli brak - koniec z tym. Dałam organizmowi odpocząć od hormonów. Konsultowałam się już w międzyczasie z koleżankami, które również toczyły walkę o posiadanie potomstwa. Zbierałam dane lekarzy i klinik zajmujących się leczeniem niepłodności i nastawiałam się na długą walkę. Rozważaliśmy z mężem adopcję, ale mąż nie jest przekonany, więc przyglądaliśmy się programowi in vitro, by być przygotowanym na różne rozwiązania. Ponieważ moja siostra miała i ma problemy z tarczycą, wiedząc, że właśnie to może mieć wpływ także na moją płodność, w listopadzie 2014 roku zdecydowałam się skonsultować z ginekologiem-endokrynologiem. Oczywiście prywatnie.

Na podstawie mojej historii i dotychczasowych badań pani doktor poleciła mi wykonać kolejne badania krwi i usg. Z wyników wynikała diagnoza - PCOS. Dostałam leki, w tym na tarczycę, choć mój poziom hormonu TSH mieścił się w górnych granicach normy. Kolejne miesiące, kolejne badania, zmiany dawek leków (coraz wyższe na tarczycę). Po 4 miesiącach zaczęły mi wracać miesiączki, ale wciąż cykl był nieregularny i wg wykonywanych w domu testów owulacyjnych do owulacji raczej nie dochodziło. Dałyśmy sobie jeszcze dwa miesiące, potem miałam wziąć leki na wywołanie owulacji. Kupiłam je. Pojawiła się pierwsza owulacja, tygodnie oczekiwania, codzienne testy ciążowe i wciąż jeden wynik - negatywny. Kolejny miesiąc - kolejna owulacja! Wyczekane dwa tygodnie co do dnia i pierwszy ślad drugiej kreski. Badanie krwi - dla pewności - jest! Udało się!
W marcu tego roku urodził się nasz synek.

W moim przypadku wystarczyło wyregulować poziom hormonów tarczycy, bym mogła zajść w ciążę. Mimo braku wsparcia ze strony lekarzy państwowych, przez których wszystko trwało przynajmniej o rok dłużej, udało się nam zajść w ciążę naturalnie. Większość jednak osób borykających się z tym problemem cierpi na dolegliwości, których nie da się wyleczyć czy poprawić lekami. Ponownie podkreślam, że niepłodność to choroba, na którą może zachorować każdy - nie tylko kobieta, ale i mężczyzna i można ją leczyć, choć nie da się jej wyleczyć!

* * *

25 lipca rozpoczęła się akcja Blogerzy vs. niepłodność zapoczątkowana przez Dagmarę (socjopatka.pl), którą do działania zainspirowała kampania Niepłodności nie widać. Dagmara zaprosiła blogerów wszelkiej maści do zmierzenia się z mitami nt. niepłodności. Aby śledzić na bieżąco posty na ten temat, wystarczy na facebooku wyszukać hasło #nieplodnosciniewidac

Mój post właściwy w ramach tej akcji zostanie opublikowany 4 sierpnia. Zapraszam do lektury!

* * *
Dzięki Make Happy Life dowiedziałam się, że to, co mi się przytrafiło nazywa się niepłodnością wtórną. Po więcej informacji zapraszam tutaj.

Etykiety: , ,