Kręte drogi do macierzyństwa - historia Eli

Dzisiaj rozpoczyna się akcja Blogerzy vs. niepłodność zapoczątkowana przez Dagmarę (socjopatka.pl), którą do działania zainspirowała kampania Niepłodności nie widać. Dagmara zaprosiła blogerów wszelkiej maści do zmierzenia się z mitami nt. niepłodności. Aby śledzić na bieżąco posty na ten temat, wystarczy na facebooku wyszukać hasło #nieplodnosciniewidac

Ci, którzy śledzą mnie na fb wiedzą, że przyłączyłam się do tej akcji i na 4 sierpnia zaplanowana jest publikacja mojego posta pt. In vitro to pójście na łatwiznę. Próbując ugryźć temat poprosiłam znajomą, która przeszła długą, trudną drogę do rodzicielstwa, o opisanie swojego doświadczenia z niepłodnością pod kątem etapów leczenia - od starań o naturalne poczęcie aż po procedurę in vitro. Ela napisała niesamowity tekst, dlatego też chciałabym się nim podzielić już teraz, by nie umknął Waszej uwadze. Serdecznie zapraszam do lektury, dzielenia się swoimi historiami i zwalczania mitów dotyczących niepłodności, bo niepłodność to choroba, na którą może zachorować każdy - nie tylko kobieta, ale i mężczyzna i można ją leczyć (choć nie da się jej wyleczyć), a na pewno należy o niej mówić głośno, by przestała być tematem tabu!
A teraz już historia Eli.


źródło zdjęcia: www.chcemybycrodzicami.pl/artykul/1641/dzisiaj-ruszyl-lodzki-program-dofinansowywania-in-vitro

2008: ach co to był za ślub…
Życzenia rodzinki i gości - pociechy z męża/żony i dzidziusia, i tak …dzieści razy.
Podejrzewałam, że mogę mieć problemy z zajściem, w końcu noc poślubna to nie był mój pierwszy raz.
Na początek idę do endokrynologa, gdzieś wyczytałam, że wysoki poziom prolaktyny może zaburzać zaciążenie a ja kilkakrotnie przekraczam „normy”. Zaczynam brać Bromergon, miesiąc, dwa, poziom hormonu obniża się do pożądanego poziomu. Postanawiam zmienić endokrynologa na ginekologa - od razu idziemy do kliniki leczenia niepłodności. Na początku spokojnie, podstawowe badania hormonów, obserwacja cyklu, na pobudzenie pracy jajników dostaję tabletki, które biorę na początku cyklu, potem kilka dni przerwy i znów tabletki, tym razem progesteron na podtrzymanie ewentualnej ciąży. Kilka miesięcy takiej zabawy i nic, odechciewa nam się seksu niemalże na komendę, bo lekarz tak powiedział.
Postanawiamy spróbować inseminacji - plemniki zostają wprowadzone strzykawką bezpośrednio do jamy macicy. Znów tabletki na pobudzenie jajników, wizyty i USG co 2-3 dni, potem jednorazowy zastrzyk w brzuch. Mąż musi oddać nasienie do pojemniczka, po godzinie, za pomocą strzykawki, na fotelu ginekologicznym, plemniki są już we mnie. Pozostaje mieć nadzieję, brać tableteczki z progesteronem do 25 dnia cyklu i czekać. 28 dnia przychodzi ona… miesiączka.
Na kilka miesięcy odpuszczamy, tylko w połowie cyklu usiłujemy zmontować coś samodzielnie.

Doktor proponuje badania - na początek sprawdzimy drożność jajowodów. Określonego dnia melduję się w szpitalu, dostaję zastrzyk przeciwbólowy, ketonal w tyłek i na badanie. W trakcie lekarz pyta czy czuję jakby mnie rozpierało od środka, nie czuję nic, ale potakuję, że tak. Mam pecha, aparat do RTG się zacina, nie robią mi zdjęcia, na wyniku piszą, że jajowody drożne bo płyn swobodnie przepłynął. Cieszę się, że nic mnie po zabiegu nie boli, że boli tylko tyłek od zastrzyku. Idę do domu, kładę się spać, obudził mnie dzwonek telefonu, za szybko się podniosłam… czuję się tak jakby mi ktoś wbił coś w jajniki, brzuch wielki jak bania, w nocy śpię na siedząco, nie jestem w stanie się położyć, ani na boku, ani tym bardziej na wznak. A rano muszę iść do pracy. Kolejnej nocy to samo, dopiero trzeciej nocy jestem w stanie położyć się na boku.
Następnym badaniem, jakie doktor proponuje jest histeroskopia - wziernikowanie macicy, czyli badanie ginekologiczne pozwalające ocenić stan wewnętrznych ścian macicy. Z zaciekawieniem oglądam się od środka, lekarz mówi, że wszystko ok, nic niepokojącego nie widać.

Znów staramy się naturalnie począć potomka. W połowie cyklu zaczynam sterczeć wieczorem nad mężem, jak przysłowiowy kat nad dobrą duszą i ciągnę go na „numerek”. Mało to romantyczne, zaczyna się kojarzyć z przykrym obowiązkiem a nie przyjemnością, ale może jednak tym razem się uda? Spóźniam się, dzień, dwa, trzy, lecę do apteki po test, wynik negatywny, na drugi dzień przychodzi znienawidzona @. Lekarz proponuje zabieg laparoskopii - wykonują dwa nacięcia w okolicy jajników i w pępku, wprowadzają jakieś przyrządy, kamerę i oglądają dokładnie wnętrze miednicy mniejszej. W wieczór poprzedzający zabieg same „przyjemności”: czopek, lewatywa, oczywiście zakaz jedzenia i picia. Rano jeszcze cewnik, „motylek” zainstalowany w żyle i na salę operacyjną. Standardowe odliczanie i uczucie „odpływania w niebyt” po podanej narkozie. Ostatnie co widzę to maseczka z tlenem. Czarna maseczka. Budzę się w jakiejś sali, zimno mi strasznie, w buzi sucho tak, że nie mogę jęknąć. Po jakimś czasie ktoś zauważył, że już nie śpię, przewożą na salę, dostaję kroplówki z glukozą i NaCl. Przychodzi mąż, zakłada mi skarpety, bo nadal mi strasznie zimno. Próbując poprawić mi poduszkę o mały włos nie wyciąga mi „motylka” z żyły. Chłopina podpierając się łokciem o łóżko, przytrzasnął mi kabelki od kroplówki. Słyszę jak pieszczotliwie do mnie rzecze: ale zęby to mogłaś umyć…
Ja również z miłością, ale już przez zaciśnięte zęby: nerkę mi podaj…
Wymiotowałam do wieczora. Wynik badania to pojedyncze ogniska endometriozy poza jamą macicy. Kolejna inseminacja. Podobnie jak za pierwszym razem - nieudana.

Zmieniamy klinikę, bo ktoś kiedyś komuś powiedział, że lekarz tam dobry. Na pierwszej wizycie faktycznie wypytał, dokładnie przejrzał dokumentację, wytłumaczył, coś tam nawet rozrysował. Zdecydowaliśmy się spróbować po raz trzeci inseminacji. Znów nieudana.

Odpuszczamy.

Po kilku miesiącach odpoczynku zaczynam drążyć temat, nie poddam się tak łatwo. Wymyśliłam, że muszę się przyjrzeć podwyższonemu stężeniu prolaktyny. Wyszukałam dobrego endokrynologa, poszłam z kompletem badań. Wziął mnie do szpitala na badania, w celu wyjaśnienia hiperprolaktynemii. Czasem takie zaburzenia wynikają z guza umiejscowionego na przysadce mózgowej, która jest producentem prolaktyny. Po trzech dniach pobytu w szpitalu wiem, że wszystko ze mną w porządku, guza nie ma, cukrzycy nie ma, okaz zdrowia.
Pół roku później gdzieś w czeluściach internetu natrafiam na informacje o jeszcze jednej klinice w moim mieście. Jej szefem jest ordynator oddziału ginekologicznego jednego ze szpitali. Umawiam się na wizytę. Doktor przegląda dotychczasowe wyniki badań, zleca kilka innych. Na kolejnej wizycie wypisuje mi skierowanie do siebie na oddział na kolejne badania. Znów szpital. Ponownie badanie drożności jajowodów, okazuje się, że jeden jest zarośnięty. Ponadto znów wykonują histeroskopię - tym razem w znieczuleniu ogólnym, usuwają jakiegoś polipa. Pojawia się nadzieja - może to on uniemożliwiał mi zajście w ciążę? Może jak już go nie ma, to się uda?

Ktoś ze znajomych wspomniał mi o naprotechnologii, poczytałam i szczerze powiedziawszy doszłam do wniosku, że w takie cuda/brednie to nie wierzę. Ale zwróciłam uwagę na ziołolecznictwo, przecież kiedyś tylko tym leczono, nie znano innych sposobów. Znalazłam lekarzy i poradnię, gdzie praktykowano takie cuda. Umówiłam się na wizytę, lekarz, tak prawdziwy lekarz po studiach (przynajmniej tak pisali na stronie owej poradni), przejrzał moje wyniki i przepisał mi zestaw ziółek. Przez rok 3 razy dziennie przed każdym posiłkiem, dzielnie zatykając nos, piłam. W ciążę oczywiście od tego nie zaszłam, w zamian - alergia na ukąszenia/ugryzienia wszelkich fruwających, pełzających robali mi się pogłębiła. Puchłam w miejscu ugryzienia i pojawiał się ogromny rumień. Przez zupełny przypadek powiązałam to z ziołami. Kiedy zapomniałam ich wypić odczyn alergiczny był mniejszy, a gdy się napiłam - miałam ochotę zadrapać się do krwi. Kilka razy przeprowadzałam na sobie takie eksperymenty aż doszłam do wniosku, że to „ziółka na dzidziusia” są winne. Wywaliłam wszystko. Odczyny pojawiały się jeszcze ponad rok po odstawieniu paskudztwa.

Na wiosnę 2013 roku zaczęły pojawiać się informacje o refundacji in vitro. Zaświtała nadzieja. Koszt takiej procedury płatny z własnej kieszeni to około 10-15 tys. zł w zależności od ilości leków, jakie musi przyjąć kobieta, aby odpowiednio wystymulować jajniki. Bez refundacji nie byłoby nas na to stać. Gdy program wszedł w życie, poszliśmy do kliniki, zakwalifikowaliśmy się. Niestety musieliśmy poczekać na odpowiedni moment cyklu. W tym czasie zrobiliśmy wszystkie wymagane badania. Gdy pojawiłam się w klinice jakiś miesiąc później okazało się, że już nie mają pieniążków i muszę czekać na następną transzę z ministerstwa, czyli jakieś pół roku. No nic, czekałam tyle, to poczekam jeszcze te parę miesięcy, choć smutno mi się zrobiło i nie ukrywam zła byłam na los.

Dwa miesiące później zadzwonili do mnie i spytali, czy nadal jestem zainteresowana, bo dostali dodatkowe środki. Yupiiii
Poszliśmy do lekarza, wytłumaczył co i jak, rozpisaliśmy plan przyjmowania dwóch serii zastrzyków, wizyt, dostałam jeszcze na cito kilka brakujących badań do zrobienia. Był koniec listopada, początek grudnia. Całą procedurę mieliśmy zacząć w styczniu. Tydzień później dostałam telefon od lekarza, że nastąpiła zmiana planów, zaczynamy już teraz. Tak na wariata.
Udało się, za pierwszym razem. Naszym rodzicom powiedzieliśmy w dzień babci i dziadka. Kilka miesięcy później urodziłam dziecko. Zostałam mamą!

In vitro nie jest pójściem na łatwiznę, to długa, kręta i cierniowa droga badań, diagnostyki, wizyt w szpitalu i poradni. To pytania, dlaczego ja nie mogę, co jest ze mną nie tak. To odwracanie głowy od matek z wózkami i zazdrosne spojrzenia na te w ciąży. W kółko zadawane samej sobie pytania: czy ja też tak kiedyś będę w ciąży/z dzieckiem w wózku chodziła?

To ból nie tylko kobiety, mąż też zazdrośnie patrzy i cierpi, często w milczeniu, nie przyznając się do tego, tłumiąc to w sobie.

Czasem któreś pęknie, wykrzyczy swój ból i rozgoryczenie, czasem odejdzie. Wejdzie w nowy związek z nadzieją na lepsze jutro i wiarą w zostanie mamą/tatą.

Mieliśmy szczęście, udało się za pierwszym razem. Ale są pary które przechodzą przez to dwa, trzy a nawet pięć razy. Żal, ból i zawiedzione nadzieje. Rozgoryczenie. Takie uczucia towarzyszą każdego dnia osobom, które z różnych powodów nie mogą mieć dzieci.

Etykiety: , ,